Mamy tendencję mówić: „walczę” kiedy tak naprawdę mamy na myśli: „zmagam się”. Z czymś, cokolwiek to jest. Czasem małe rzeczy mogą urosnąć do wielkich problem, gdy zaczynasz walkę.
Ale słowa mają znaczenie. „walka” to napięcie. To mobilizacja. To stan gotowości. To spięcie w ciele, w żyłach, w oddechu, to gotowość do starcia.
I paradoks polega na tym, że to, z czym walczysz rośnie. Bo każda walka to energia, którą temu dajesz. Zaczynasz się „uzbrajać”: ciało się spina, emocje się nasilają, umysł kręci się wokół jednego tematu. Jedni zaczynają tyć, żeby mieć zapas i ochronę, inni mają podwyższony cukier, by zyskać dodatkową energię, jeszcze inni czują więcej złości, lęku by być w mobilizacji. Ciało różnie reaguje na walkę, ale zawsze reaguje i staje w gotowości, wychodzi poza stan homeostazy. Zwierzęta łatwo wracają do równowagi, ludzie nie.
Walka to silny wyzwalacz nawet jeśli nie jesteś tego świadomy. Wystarczy jedno zdanie: „walczę z tym”. Pytanie – tylko z kim właściwie walczysz? I czy naprawdę chcesz wygrać? Bo może sam ze sobą i przeciwko sobie?
A jeśli chcesz wygrać, to może nie chodzi o kolejną bitwę. Może chodzi o zmianę strategii z walki na akceptację, z oporu na uznanie tego, co jest. I to nie jest poddanie się. To jest wyjście z gry, która wyczerpuje. Często największą siłą nie jest nacisk, tylko zauważenie i puszczenie. Bo to, co przestajesz zasilać zaczyna słabnąć.
A to, z czym walczysz rośnie.
